USTKA

Niedziela, 5 Lutego 2012 Adelajda, Agata, Aga, Albin, Izydor, Jakub, Jan, Justynian, Pawe3, Piotr, Strze?ys3awa
Strona główna arrow Bursztynowe zagłębie

Ustka w obiektywie

PICT3137m.jpg
Kino Delfin - repertuar
Paluchy 2007
Bursztynowe zagłębie PDF Drukuj Email
07.06.2007.
Bursztyn bierze po dziesiątej

Najlepiej iść zimą, tak koło dziesiątej przed południem. Założyć akwalung i swobodnie opadać na dno. Woda jak w Egipcie, taka przejrzysta, a bursztyny tylko czekają poukładane na dnie, żeby je wyzbierać. Aha, trzeba pamiętać o koszyczku – dodaje przytomnie pan Jurek, miejscowy artysta, z zamiłowania nurek, konstruktor gigantycznych zamków na piasku i posiadacz dwóch bursztynowych okazów. Każdy ponad kilogram wagi.

Opadamy na dno

Ba! Ale gdzie opadać? Już nie wspominając o technice, bo czy każdy osiądzie osiem metrów pod wodą równie swobodnie co pan Jurek, wśród usteckich nurków lepiej znany jako Miszczu... Otóż należy kierować się mewami. Mewy krążą bowiem nad wodą, wskazując nieomylnie: tu są bursztyny.

I już, już – tacy trochę bladzi – szykujemy się do swobodnego opadania na samo dno, gdy interweniuje pan Jurek. Teraz sobie nie ponurkujemy, bo w usteckim porcie pracuje właśnie pogłębiarka. Taki muł, że oko wykol. Nic pod wodą nie zobaczymy. Musimy więc poczekać, aż holenderski Christophorus przestanie burzyć dno, a wtedy podmorska przygoda nas nie minie. A przygoda rzeczywiście się szykuje większa, bo oto nieopodal molo odkryto wrak okrętu. Sto metrów od zachodniego falochronu spoczywa rozbita jednostka. Tylko czekać wydobycia skrzyni pełnej złotych monet. Osobiście spróbujemy je zgryźć między zębami.

Christophorus - sprawca całego zamieszania


Gumowe spodnie na miarę

Podpatrując z brzegu meduzy, obiecujemy sobie potrenować nurkowanie w przyszłości. Ale z bursztynu rezygnować nie zamierzamy. Musimy obstalować sobie gumowe spodnie. Tak, jak zrobił to pan Mieczysław.

Pan Mieczysław stracił pracę, gdy zbankrutowała w Ustce stocznia. Zajął się więc poławianiem bursztynów. W gumowych spodniach po same pachy wkracza do wody. W ręku siatka na metalowej ramce. Pełen osprzęt poławiacza. I czapka, bo
słońce świeci dziś na całego. Mewy zajmują się właśnie podkradaniem chleba łabędziom i guzik je obchodzi, że nam właśnie dziś zamarzył się wielki bursztynowy wisior z fajnym robakiem w środku. Pan Mieczysław rozgląda się tymczasem krótko i kieruje na brązową plamę.


Tam, gdzie tak ciemno, jakieś osiem metrów od brzegu, opłaca się pogrzebać w mule. Dziwne to trochę, bo nie było przecież ostatnio sztormów, po których czasem na brzeg wyrzuca tu nieliche okazy. Brak sztormów jednak nie przeszkadza, bo od czego holenderska pogłębiarka! To ona ciągnie materiał z dna kanału portowego, przenosi go rurą na wschodnią plażę i tutaj wyrzuca. Wraz z piachem, mułem, glonami i butwiejącymi patyczkami do wody wpadają dorodne bryły. Lżejsze niż kamienie, cieplejsze w dotyku i miodowe w kolorze. Jeszcze chropowate, ale nas i tak już ogarnia...



Gorączka bursztynu

Pan Mieczysław wywala na brzeg zawartość sieci. Śmierdzi to jak zgraja zdechłych śledzi. Pan Mietek ma pierwszeństwo. Grzebnie patykiem raz i drugi, i wyciągnie, co jego. A że równy z niego poławiacz, mniejsze sztuki wskazuje nam, półżywym od wstrzymywania oddechu.

Grzebiemy w szlamie

Śmiałkowie próbują ponoć szukać dalej na wschód, przy skałkach. Pomysł głupi, bo jedna fala i w zderzeniu z poszarpanym brzegiem nie mamy szans. Bursztyny na tych odcinkach usteckiego wybrzeża należą do Neptuna i tyle.

Warto jednak wybrać się rowerem o świcie jeszcze dalej w kierunku na Rowy, przechodząc po drodze przez ujście rwącej, ale płytkiej rzeczki i mijając wrak statku. Tam, daleko na wschód, leży właśnie podusteckie eldorado. Legendarna Kraina Poniewierającego się na Piasku Bursztynu. A że nie ma tam wczasowiczów i łabędzi nie ma kto dokarmiać, mewy nie kradną tam chleba, zamiast tego zajmując się tym, co do nich należy: wskazywaniem dla ułatwienia żywicznych klejnotów.

Co znalazł pan Mieczysław

Proszę – w ręku połyskują miodowe bryły – oto, co dziś wyłowił. Z jednej takiej można by zrobić salaterkę na truskawki, albo etui na telefon, żeby jeden, na dwa telefony!, albo w ogóle nic nie robić, tylko nieoszlifowanym bronić się przed nadczynnością tarczycy. Ale taki wielki kamień, czy to w ogóle poręczne?

Pan Mieczysław i jego trofeum

Można by go sprzedać Niemcom – dobrą radą zawsze służy pan Jurek. Dadzą siedem stówek, ale warty jest dobrze ponad tysiąc. Do skoku na bursztyn przyczaja się tymczasem opalony wczasowicz, odziany w skąpe slipki i złoty łańcuch gruby na palec. Bursztyn pana Mieczysława już mu zawrócił w głowie, ale amator kosztowności nie chce przepłacać. Zwłaszcza że bursztyn czasem człowiekowi sam się ściele pod stopy. Nie dalej jak kilka lat temu właściciel slipków i łańcucha potknął się, biegając o świcie pod Stegną, i upadł. Sprawca upadku, bursztyn, ważył dobrze ponad kilo. Z kamieniem zawiniętym w przepoconą koszulkę należało spytać fachowca o wycenę. Pięćdziesiąt tysięcy – oszacował wartość upadku biegacza jubiler. O dziesiątej na plaży roiło się już od poszukiwaczy skarbów.

Z usteckiej plaży wracamy zwycięzcy. Trzy bursztynki, a w jednym chyba nawet jakaś nóżka, czy może czułek.

Nasza zdobycz

 
twórcy portalu